niedziela, 14 marca 2010
Wenezuela
W sierpniu 2005 roku poleciałem z mamą do Wenezueli. Mieliśmy międzylądowanie we Frankfurcie, a później wylądowaliśmy w stolicy Wenezueli Caracas. Tam wsiedliśmy do 18sto osobowego samolotu, którym latają Wenezuelczycy do pracy każdego dnia. Miasto do którego lecieliśmy nazywa się Coro i jest byłą stolicą Wenezueli. Mieszkałem w małym hoteliku w hiszpańskim stylu. Pogoda była deszczowa i parna – było ponad 30 stopni Celsjusza. Walutą w Wenezueli są Bolivary. Zwiedzaliśmy w 10 osobowych grupach. Drugiego dnia zwiedzaliśmy Coro, które jest typowym kolonialnym miasteczkiem w układzie szachownicy. Powstało ono w XVIII wieku I jest wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Oglądaliśmy również plac Bolivara, który był bohaterem narodowym i wywalczył wolność dla Wenezueli. Podobne place znajdują się w każdej miejscowości poczynając od metropolii kończąc na wsiach liczących po 20 mieszkańców. Później pojechaliśmy na pustynię, która otacza miasteczko Coro. Widziałem również Góry Mgłowe nazwane tak od zjawiska dużych mgieł, które pojawiają się nad ranem oraz nisko płynących chmur – Sierra De San Luis. Następne dwa dni spędziliśmy w dżungli. Trzeciego dnia przeprawialiśmy się przez dżunglę starym hiszpańskim szlakiem handlowym, a naszym celem był wodospad, pod którym się kąpaliśmy. Na nas wszystkich ogromne wrażenie zrobiły otaczające nas zwierzęta, a w szczególności owady i piękna soczysta zieleń. Następnego dnia pojechaliśmy do Meridy, która jest oddalona o 500km od naszego obozowiska, więc zajęło nam to cały dzień. Piątego dnia wyruszyliśmy na trzy dni w Andy. Zatrzymaliśmy się w miasteczku Los Nevados 2700m n.p.m., gdzie spaliśmy dwie noce. Miasteczko było maleńkie – jedna uliczka, plac Bolivara i kościół. W mieście mieszka 400 osób. Kolejnego dnia wyruszyliśmy karawaną na zdobywanie Sierra Nevada i przełęczy Santo Cruz na 4200m n.p.m. Towarzyszą nam muły, które noszą nasz bagaż. Ja i moja mama jedziemy na koniu. Dookoła przepiękne widoki i roślinność występująca tylko w Andach. Ósmego dnia pojechaliśmy komunikacją miejską 40km od Meridy do małego miasteczka andyjskiego. Tam zwiedzamy hacjendę i plantacje kawy, gdzie po raz pierwszy spróbowałem kawy. Wieczorem w miasteczku Altamira tańczymy salsę, merengę, tambor i pijemy rum – moja mama pije. Dziewiątego dnia wyruszamy do Zos Llianos – wielkich równin wenezuelskich. Tam w małej miejscowości wśród stepów i sawanny zostajemy na noc. Dobrze, że mamy moskitiery, bo ilość owadów jest przerażająca, noc spędzamy śpiąc w hamakach. Dzień dziesiąty -okazało się, że w hamakach śpi się bardzo wygodnie. Stamtąd jedziemy na safari dżipami, gdzie pasą się stada wołu, mułów i koni. Widzimy również mnóstwo ptactwa – pelikany, kormorany, czaple, sępy, jastrzębie i papugi. Po południu wybraliśmy się na zwiedzanie łodzią po Orinoko. Woda wpływała w samą dżunglę skąd zwisały liany. Widziałem również rzeczne delfiny, które wyskakiwały nad wodę. Żółwie wylegiwały się na brzegu. W nocy odbyła się huczna impreza, tańczyliśmy wokół ogniska razem z Wenezuelczykami. Jedenastego dnia odbyliśmy konną trzygodzinną wyprawę przez sawannę. Później wybraliśmy się na połów piranii, które wyglądały jak flądry z bardzo dużymi zębami. Dzień dwunasty - jedziemy nad Morze Karaibskie do wioski Pueblo Colombia w Coroni. Tam spędzamy na plaży cały kolejny dzień i jemy na obiad pyszne krewetki. Dnia trzynastego popłynęliśmy łodzią na inną, niedostępną drogą lądową plażę. Tam spędziliśmy cały dzień opalając się i jedząc tamtejsze owoce morza. Czternastego dnia wyjechaliśmy przez góry do Caracas, a stamtąd polecieliśmy do Ciudaz Boliwar, gdzie spędziliśmy noc. Piętnastego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie i polecieliśmy sześcioosobową awionetką do Canaimy. Tam płyniemy łodzią do obozowiska Aero Santo Angel. Krajobraz jak z epoki dinozaurów – paprocie na wysokości człowieka, wielkie palmy, liany grube jak pnie. Właśnie tam kręcony był Jurasic Park. Nasza łódź zrobiona jest z jednego kawałka drewna – jest to ogromny pień wydrążony w środku. Docieramy na miejsce i od razu ruszyliśmy w dżungle aby dojść do Santo Angel – są to ogromne kaskady wody spadające z wysokości 957m do rzeki w dżungli. Do obozowiska wracamy w deszczu w nocy i jemy kolacje przy świecach. Szesnastego dnia jeden z Indian zabiera nas do dżungli i pokazuje nam rośliny lecznicze i jadalne, a także jak przeżyć w dżungli. Następnie bierzemy udział w spływie rwącą rzeką i zaskakuje nas ulewa tropikalna. Docieramy do kolejnych wodospadów pod którymi przechodzimy po wąskiej półce. Ostatniego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski, która trwała ponad 24 godziny. Była to najwspanialsza i najciekawsza podróż w moim życiu.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz